Sztutowo 2007, czyli nasze dzieciaki na koloniach
Ach jaka szkoda, że już wrzesień i trzeba iść do szkoły... Jak trudno pogodzić się z faktem,
że wakacyjne wyjazdy i wszystkie fascynujące przygody to już tylko wspomnienia...
Ale uszy do góry! Jak zrobi się chłodno i zacznie pachnieć w powietrzu jesienią
będziemy mieli co wspominać i wtedy zrobi się milutko i ciepło!
Tymczasem przenieśmy się do czerwca. Dopiero co zabrzmiał ostatni dzwonek i
wszyscy tłumnie opuścili szkoły ze świadectwami w rękach, a już mama szykowała plecak do wyjazdu na kolonie.
Taki scenariusz miało 46-oro dzieci (z kilku parafii), które od 24 czerwca do 1 lipca wzięły udział w letnich koloniach
w nadmorskim miasteczku Sztutowo.
Oczywiście nad wszystkim czuwali nasi zaprzyjaźnieni opiekunowie: ciocie Magda, Kasia, Agata i wujek Marcin,
a głównym "szefem" był oczywiście ks. Tomasz.
W niedzielę, z samego rana, wszyscy z nutką strachu i tęsknoty za domem,
zajmowali miejsca w autokarze, po czym ostatnie machnięcia równie przestraszonym rodzicom i... w drogę. A była ona dłuuuuuga, choć nie nudna.
Dzięki kilku postojom można było uzupełnić zapasy słodyczy :-), rozprostować nogi i ciągle poznawać towarzyszy podróży.
Słodycze słodyczami, ale najbardziej udane zakupy dopiero miały nastąpić w Malborku,
który odwiedziliśmy już u końcu drogi do Sztutowa. Przepiękny średniowieczny kompleks zamkowy
i jego historia przekazana nam przez przewodnika, okazała się jedynie dodatkiem do fantastycznych łuków zakupionych
na dziedzińcu zamkowym. Te spore drewniane łuki towarzyszyły wielu chłopcom już zawsze w czasie wolnym:-)

Wieczorem dotarliśmy na miejsce. Do naszej dyspozycji było 9 drewnianych domków.
Już w autokarze ciocia Magda zadbała, by każdy miał miejsce w domku w towarzystwie miłych sobie koleżanek/kolegów.
Ten pierwszy wieczór upłynął pod znakiem rozpakowywania i spraw organizacyjnych, dotyczących np. podziału kolonistów
na grupy "dowodzone" przez daną ciocię lub wujka. Ciocie Magda i Kasia zajęły się poza tym sprawami kulturalnymi,
ciocia Agata odpowiadała za nasze zdrowie, a wujek Marcin - sprawy sportowe.
Przez następne dni nasz "szef" ks. Tomasz zawsze miał coś ciekawego zaplanowanego tak, by dzieci nie nudziły się i ciekawie spędzały czas.
Niestety, czasami pogoda skutecznie krzyżowała nasze plany. Jednak spryt i wrodzone szczęście księdza Tomka
pozwoliło nam nie marnować czasu i tak, przez pierwszy dzień wykorzystaliśmy piękną pogodę na kąpiel w morzu,
opalanie i sporty plażowe, a kiedy pogoda trochę płatała nam figle, to korzystaliśmy z miejscowego basenu.
Udał nam się również rejs statkiem, niestety nie do Fromborka, ale nieco krótsza podróż po Zalewie Wiślanym.
Dzięki wujkowi Tomkowi (kierowca autokaru) zwiedziliśmy Stegnę, Gdańsk i Gdynię,
w której to udostępniono nam do zwiedzania dwa okręty.
Marynarze ciekawie opowiadali o swojej pracy i samych okrętach, a nawet zrezygnowali ze swojego deseru,
częstując dzieciaki jabłkami (wiadro jabłek zniknęło w minutę, ale skoro mogliśmy się poczęstować to czemu nie;-).
W Gdańsku odwiedziliśmy dwa muzea, w których jak ryba w wodzie czuł się Grześ, nasz mistrz od historii.

Podczas pobytu w ośrodku zdążyliśmy się wszyscy dobrze poznać, czemu pomogły zabawy i gry integracyjne,
a także trochę odprężyliśmy się podczas dwóch dyskotek (dziewczyny skutecznie wyciągały do tańca chłopców ;-).
Mieliśmy również konkursy wiedzy i sprawnościowe (z nagrodami rzecz jasna;),
ale też nigdy nie zabrakło nam miejsca dla Boga. Organizowaliśmy kilkakrotnie Msze Święte,
w tym ta niezapomniana na plaży przy zachodzie słońca (aż się łezka kręci na wspomnienie).
Rzecz konieczna do wspomnienia, to wizyta w byłym obozie koncentracyjnym Stutthof.
Ktoś mógłby zarzucić, że to zbyt okrutne miejsce dla dzieci, ale fakty mówią same za siebie
i odpowiednio pokierowane zwiedzanie obozu jest dobrą lekcją historii i moralności.
Podobny cel miało zwiedzanie Westerplatte. Pan przewodnik bardzo poważnie traktował swoją pracę
tak, że opowieści o broniących żołnierzach wywoływały gęsią skórkę nawet u tych,
co myśleli o tym jak się wdrapać na czołg by zrobić sobie zdjęcie..
W drodze powrotnej pozwoliliśmy sobie na kolejną lekcję historii, tym razem bardziej optymistycznej.
W czasie wizyty na polach grunwaldzkich sympatyczny przewodnik opowiedział o pomniku i rycerzach.
Ponieważ jednak zapas broni (drewniane łuki i miecze) uzupełniliśmy już wcześniej w Malborku
to grunwaldzkie pole nie miało tego niepowtarzalnego uroku;-)
Kolonie w Sztutowie choć trwały tylko tydzień zaowocowały mnóstwem przeżyć i ciekawych wspomnień.
Oczywiście jednym uczestnikom bardziej się podobał ten tydzień, innym mniej,
ale myślę, że można zaliczyć go do bardzo udanych, co zawdzięczamy wszystkim dzieciom, opiekunom i oczywiście ks. Tomaszowi.
Tymczasem pozostaje nam tylko odliczać dni do ferii i zimowiska!!!