Informacje ogólne
Liturgia
Sakramenty Święte
Wspólnoty
Duszpasterze
Ministranci
Fatima Canta

Parafia rzymskokatolicka

Matki Bożej Fatimskiej

w Legionowie

Kronika budowy
Numer konta
Galeria
Linki
Giełda pracy
Kontakt
Warsztaty PC
Aktualności Ogłoszenia duszpasterskie Legionowskie Stowarzyszenie AMICUS

Relacja diakona Emila Parafiniuka z wyjazdu na zimowisko w Poroninie

(dod. 28.02.2008)

Ferie, ferie i po feriach... Na szczęście mamy co wspominać, ponieważ grupa 45 dzieci i 5 opiekunów (Ks. Proboszcz, ciocia Kasia, ciocia Renia, ciocia Magda i ja) przebywała przez tydzień ferii na zimowisku w Poroninie.

W niedzielę, 17 lutego, po Mszy Świętej o godzinie 7.00 wyruszyliśmy w kierunku Poronina. Wszyscy uczestnicy otrzymali od Księdza Proboszcza jednakowe czapki po to, abyśmy się nie pogubili.

Po drodze odwiedziliśmy najstarszą czynną kopalnię w Polsce - Wieliczkę. Przemierzaliśmy długie, wydrążone pod ziemią korytarze, zasłuchani w historie opowiadane nam przez przewodników. Oczywiście już wówczas ujawniły się pierwsze talenty - pierwszy zgubiony plecak, który dzięki uprzejmości obsługi kopalni, szybko trafił w ręce roztargnionego właściciela oraz mnóstwo porzuconych czapek, o których wspomniałem wyżej.

Zmęczeni podróżą, około godziny 19.00, dotarliśmy do naszego pensjonatu, o wdzięcznej nazwie Helena. Na szczęście wcześniej udało nam się rozpisać skład osobowy poszczególnych pokojów (warto zauważyć, że każdy z nich wyposażony był w telewizor, na ten widok wszyscy bardzo się ucieszyli), co pozwoliło nam w miarę sprawnie zająć z góry upatrzone pozycje. Ze smakiem zjedliśmy przepyszną kolację i udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Mimo zmęczenia w wielu pokojach wrzało aż do późnych godzin nocnych (z czym skutecznie walczyła kadra, która tego dnia położyła się spać wyjątkowo późno - bo w zasadzie nie był to ten dzień, tylko już następny).

Drugi dzień zimowiska zaczął się wcześnie. Mimo tego, że oficjalnie pobudka została ogłoszona na godzinę 8.00, pewne zorganizowane grupy rozpoczęły dzień już około godziny 6.00. Po porannych porządkach (niektóre pokoje były doprowadzone przez noc do takiego stanu, że trzeba było nie porannego a generalnego sprzątania) zjedliśmy sprawnie śniadanie i o 10.00 wyjechaliśmy z pensjonatu. Celem naszej wyprawy była Rusinowa Polana oraz sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr. Oczywiście autokar nie wjechał na Rusinową, więc trzeba było kawałek drogi przejść na piechotę. Pierwsze osoby odczuwały zmęczenie już po 3 minutach marszu... Na całe szczęście owo zmęczenie w sposób cudowny zniknęło, gdy dotarliśmy na miejsce gdzie okazało się, że można zjeżdżać z górki na przytaszczonych przez siebie jabłuszkach i sankach. Po szaleństwie na śniegu przyszedł czas na kolejny odcinek drogi. Troszkę oblodzony szlak sprawił, że niektórych trzeba było asekurować przy schodzeniu w dół (czasami asekuracja ta kończyła się wspólnym zjazdem na pewnej części ciała, która zwykle służy do siedzenia). Po dotarciu do sanktuarium oraz wspólnej modlitwie zostaliśmy poczęstowani gorąca herbatą i myśląc o obiedzie ruszyliśmy w kierunku autokaru, który zawiózł nas do pensjonatu. Tam czekał na nas gorący posiłek, który zadziwiająco szybko zniknął z talerzy.

Następnego dnia, po krótkiej dla niektórych nocy, pojechaliśmy zwiedzać Sankturaium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach. Miejsce to jest nam szczególnie bliskie z powodu osoby Jana Pawła II, związanego z tym sanktuarium, oraz ze względu na tytuł naszej parafii. Następnie zdobyliśmy jeden z trudniejszych szczytów tatrzańskich... Gubałówkę (oczywiście przy pomocy kolejki - bo skoro ktoś ją zbudował, to dlaczego my mielibyśmy z niej nie korzystać? Przecież by się marnowała). Ze szczytu podziwialiśmy piękne widoki (na widokówkach, po w rzeczywistości była straszna mgła). W dół zjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym z Butorowego Wierchu (na jabłuszkach się niestety nie dało).

W środę znów zdobywaliśmy szczyty, tym razem Kasprowy Wierch. Wjeżdżając na górę mogliśmy podziwiać piękne krajobrazy i to w rzeczywistości. Gdy dotarliśmy do celu niektórym z nas zapierało dech w piersiach (bo wiał taki zimny wiatr). Patrzyliśmy na ośnieżone szczyty górskie oraz na narciarzy, odważnie zjeżdżających w dół. Kilku uczestników zimowiska, wytrawnych taterników, pierwsze swoje kroki po wjechaniu na szczyt skierowało ku... pizzerii. Zastanawiali się później, czy ta pizzeria była głównym celem naszej środowej wycieczki...

Czwartek zapadł w pamięć chyba wszystkim. Tego dnia bowiem odwiedziliśmy Oravice, słynące ze źródeł termalnych. Niezwykłe wrażenie wywoływał widok osób kąpiących się w odkrytych basenach, podczas gdy wokół nich leżał śnieg. (Takie wrażenie można sobie wywołać oglądając zdjęcia :-). Równie ważnym momentem był postój na nieczynnym już przejściu granicznym Sucha Hora - Chochołów, gdzie po stronie Słowackiej można było w licznych sklepach kupić słodycze. Jednego z uczestników dziwił fakt, jak batonik może kosztować 13 złotych (przeliczył bowiem korony na złotówki 1:1).

Jednak najwspanialszym dniem był piątek, przeznaczony na czynność, która dla wielu miała znaczenie wręcz rytualne. Mianowicie tego dnia dokonywało się coś niezwykłego, coś, na co chyba wszyscy czekali z utęsknieniem przez wszystkie dni wyjazdu. Nadszedł dzień, który dla licznej grupy dzieci celem przyjazdu na zimowisko... DZIEŃ ZDOBYCIA KRUPÓWEK. Tłum rozradowanych uczestników rzucił się pomiędzy stragany ogarnięty manią kupowania. Kupowano wszystko - oscypki, ciupagi, drewniane i gliniane gadżety, oraz tradycyjne pamiątki góralskie - pistolety na plastikowe kulki, szczekające chińskie pieski na baterie, breloczki oraz inne przedmioty podobne do niczego... Rekordziści pozbyli się tego dnia wszelkich środków finansowych.

Sobota była dniem powrotu do Legionowa. Po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Odwiedziliśmy najstarszy polski klasztor w Tyńcu, gdzie jeden z braci opowiedział nam historię zakonu benedyktynów, jego dzieje w Polsce oraz historię opactwa.

Do tej pory można było dowiedzieć się co robiliśmy przed obiadem, ale na obiedzie nasz dzień się nie kończył. Codziennie po posiłku odprawiana była Msza Św. albo wspólnie odmawialiśmy jakąś dłuższą modlitwę. Korzystaliśmy także ze śniegu zjeżdżając z górki, a po kolacji oglądaliśmy filmy (np. Madgaskar czy Wakacje Jasia Fasoli). Jednego wieczoru braliśmy udział w kuligu oraz piekliśmy na ognisku kiełbaski (okazało się tam, że zdjęcie gorącej kiełbaski z kijka jest niekoniecznie proste). Nie brakowało także wspólnych gier i zabaw organizowanych w świetlicy pensjonatu.

Nie brakowało także sytuacji śmiesznych. Hitem tegorocznego wyjazdu były zguby. Gubiono wszystko - czapki, telefony, odtwarzacze mp3, plecaki i rękawiczki. Ginęły także przedmioty bardziej egzotyczne - np. buty oraz piżamę (lub przynajmniej połowę piżamy). Wszystkie rzeczy zostały odnalezione i to zwykle w miejscach, gdzie się nikt nie spodziewał, czyli na swoich. Innym śmiesznym wydarzeniem cyklicznym było spożywanie posiłków przez jednego z uczestników, który tej czynności potrafił poświęcić nawet ponad 40 minut. Co chwilę dzwoniły również telefony komórkowe. Niby nic w tym dziwnego, ale gdy się weźmie uwagę, że rozmówcy znajdują się jeden na pierwszym piętrze a drugi na drugim tego samego budynku...

A to wszystko nie mogłoby się wydarzyć gdyby nie nasz Ksiądz Proboszcz, który zorganizował dla nas to zimowisko. Dziękujemy Mu bardzo serdecznie i prosimy o więcej!